Czasem mi się odechciewa. A czasem robi się po prostu smutno. Zwykle, mając wbrew pozorom rozwinięty element samokrytyczny, wiem że sam się do tego wszystkiego dokładam. Do tego że jest nie tak. Że potrzebuję czegoś innego - coś innego dostawać i coś innego dawać. Że potrzebuje więcej zainteresowania i wyjścia naprzeciw, w obie strony, nie tylko że on do mnie ale i że ja do niego. Trudno się żyje z mężczyzną. Zwykle jest to prosta w obsłudze maszyna, ciężka i niebywale skomplikowana: zawsze gdy dochodzi do pola z napisem kompromis. Wrrr...
skomentuj (0)
OK, no dobra, chwilę mnie tu nie było. Zacznę od występu Daniila Trifonova na festiwalu. Tym drugim występie, w czasie którego grał IIgi (czyli chronologicznie pierwszy) koncert Chopina. Spodziewałem się wiele - ale tego się nie spodziewałem. W tym wykonaniu, koncert był jakby napisany dla właśnie tego wykonawcy, który nie pozwolił młodzieńczym, wirutozerskim zapędom zakryć lirycznego piękna. Wręcz przeciwnie - ściszonym (tam gdzie trzeba) dźwiękiem czarował, czarował i czarował. Dawno nie byłem świadkiem takiego zjawiska jak tamtego wieczoru w radiowym studiu: w czasie całego koncertu publiczność słuchała praktycznie bez ruchu (nie, żaden gruźlik nawet nie pomyślał o tym żeby kogoś zawiadomić o swojej chorobie). Orkiestra (mimo lekko kompromitującej wpadki w pierwszych, powtórzonych po interwencji dyrygenta taktach...) partnerowała znakomicie, co było zapewne zasługą doświadczonego pianistycznie maestro.
Z innych kwestii: wróciła praca, mnóstwo pracy. Ale w tej ilości - i, na razie, natężeniu - że normalne, przyjemne życie i pełna satysfakcji, ciekawa ale ciężka praca idealnie się bilansują. No, przywołując poniedziałkowy kibel w biurze do 1:30 nad ranem czuję się zobligowany żeby dodać słówko "prawie", tak, prawie się bilansują :-) Ale wciąż, praca, praca a z drugiej strony najbliższe tygodnie będą również bardzo rozrywkowe: huczne (nie moje) urodziny w ten weekend, wesele w Montecarlo (tak, MONTECARLO!) w następny, potem finał Warszawskiej Jesieni po którym, jak mi już to zapowiedziano, czeka mnie długi wykład o aleatoryzmie po którym wroce do domu nastepnego dnia, no i Tel Awiw pod koniec miesiąca... To gdzie był ten fragment, w którym narzekałem...?
Skoro była kultura, praca... to teraz wypadałoby cos napisać o życiu domowym, o prawdziwym życiu. I zapewne miałbym dużo do napisania, niekoniecznie przesadnie lirycznego, raczej niezbilansowanego a na pewno nie weselnego. Życie i doświadczenie znanych mi ludzi każą mi zachować umiar w krytycznym podejściu do związkowych kwestii wobec czego, oddając się pozytywnej w zamierzeniu refleksji, dyplomatycznie kończę dzisiejszą notkę.
Po dzisiejszym koncercie przypomniało mi się jak kiedyś Jacek Denhel dosadnie podsumował to zjawisko w jednym z
felietonów, zdaje się w Polityce. Spektakularne szelesty i pokasływania w
czasie koncertów potrafią doprowadzić do szału. Nie, nieważny
nastrojowy szmer smyczków kończący, ważne żeby wszyscy usłyszeli jak
komuś donośnie odrywa się flegma od gardła... Celują w tym stare babcie, przeważnie te, które najbardziej krytycznie przyglądają się otoczeniu. Dzisiaj i tak nie było źle
choć niedaleko siedziała jakaś potencjalna pacjentka oddziału
gruźlicznego.
Grał Matsuew i Rosyjska Orkiestra Narodowa pod Pletnevem. Program - na przemian popisowe koncerty fortepianowe i nastrojowe poematy Liszta.
Jak na to że nie jestem fanem tego pierwszego (tj. Denisa Matsuewa), to jego dzisiejsza gra
całkiem mi podpasowała. Widać że sprawdza się w Liszcie. Orkiestra grała
wybornie - wiele sobie obiecuję po ich jutrzejszym Czajkowskim (z
Trifonovem!).
Nastrój tak naprawdę popsuł dopiero sam pianista bisując
drugi raz transkrypcją ...w grocie króla gór Griega. Po stanowiącym
pewną lisztowską całość programie, zabrzmiało to tak jakby zaplanował to
sam Bogusław Kaczyński. "Po co...?" - pytał bezgłośnie i z dezaprobatą znajomy krytyk muzyczny siedzący parę rzędów wcześniej. "Po to" - odpowiedziałem sobie sam, patrząc na zakaźną owację publiczności:/
Z innych wydarzeń - dzisiaj był pierwszy dzień, którego znaczna część została poświęcona doktoratowi, pierwszy od ładnych paru miesięcy. Trochę się z tym wszystkim rozjeżdżam ciągle; tutaj szperam w planie pracy, tu nagle, nie wiedząc kiedy, rozpisuję się nad drobnym szczegółem który kiedyś wyląduje w jakimś 5tym albo 3cim rozdziale. Wszystko to bardzo ciekawe i pouczające ale rozmiar przedsięwzięcia jednak wciąż przeraża...
Leniwie sklejają się dni, jeden z drugim. Ten tydzień jest dokładnie taki jak długo oczekiwane i zawodowo wyśnione wakacyjne odprężenie. Połowa sierpnia, Europa zachodnia na wakacjach, Warszawa i okolice dopiero zbierają się po długim weekendzie. Telefon milczy. Wśród e-mail'i w skrzynce dominują automatyczne newslettery (kuriozalnie zaczynające się od poufałego "Cześć Bartosz"; zupełnie jakbym się przyjaźnił z tymi wszystkimi serwerami), informacje o nieobecnościach, kanapkach, podziękowania za wiadomość zespolone z informacją że adresata nie ma przez trzy tygodnie i że ma bardzo ograniczony dostęp do poczty (to ja coś do kogoś wysyłałem?). W okolicach środy - bunt jurysty; składam szefowi ofertę nie do odrzucenia. Rozochocony winem pitym z M. proponuję pracowanie w domu, do końca tygodnia. Lakoniczne OK w odpowiedzi biorę za dobrą monetę. Bardzo potrzebuję tych wytężonych dni w domowych pieleszach - przewiduję że od poniedziałku "znów się zacznie".
Spadkowi aktywności zawodowej (i - z tego co widzę - ekonomicznej konsumentów na całym świecie, świetnie, dziękuję, bardzo potrzebny jest nam kolejny kryzys!) towarzyszy wzmożona działalność w sferze kultury. W środę w nocy - Martha Argerich i niesamowite odkrycie: kwintet Juliusza Zarębskiego (ktokolwiek słyszał??). Co prawda znałem to już z półpirackiego wykonania Marthy z festiwalu w Lugano ale warszawskie wykonanie przyćmiło tamte; siedzieliśmy jak urzeczeni - ja, M. i z tysiąc innych osób. Utwór jest niezwykły, nowatorski jak na swoje czasy, urzeka oryginalną harmonią i - co równie ważne - wpada w ucho, słucha się tego świetnie. Ponoć koncert ma być nagrany na DVD - oby, bo bardzo chciałbym mieć to w swojej kolekcji. Wczoraj Herrewege i nastrojowy Brahms - pieśni żałobne, nostalgiczne i nastrojowe; w wykonaniu świetnej orkiestry paryskiej i jednego z najlepszych chórów świata (połączone siły Collegium Vocale Gent i Academia Chigiana Siena). Szkoda tylko że w wysłużonym S-1 trochę duszno, wstyd przyznać ale trochę się wspólnie z P. spociliśmy. Na początek koncertu mały klejnocik: Step Noskowskiego wykonany po raz pierwszy współcześnie ale na instrumentach z epoki... Na najblizsze dwa tygodnie przewiduję zmienna pogodę zaś dla melomanów raj.
Wycie. Wrzask. Dziki wrzask. Sufit się trzęsie. Słychac głuche uderzenia, wrzask narasta. Znowu wycie i wściekłe oskarżenia, w tle przerażone błagania jakby o litość. Krótka chwila przerwy - wycie wraca ze zdwojoną siłą... Znów jakieś regularne trzaski rozpoczynają kolejną serię nienawistnego jazgotu. To już nie histeria ani atak paniki tylko czyste szaleństwo.
A ja leżę na łóżku piętro niżej i zastanawiam się, której koncepcji wychowania dzieci hołdowali sąsiedzi. Którakolwiek by ona jednak nie była - zawiodła na całej linii.
Żałuję że przed samym - trwającym dobre 45 minut - zdarzeniem nie zamknęli okna. Młodzieńczy bunt rozjuszonego sześciolatka płynnie zastąpiła poranna i równie wydajna dźwiękowo (choć mniej melodyjna) burza... Wszystko zaczęło się przed drugą w nocy, skończyło po piątej.
Ja bardzo proszę tego kto mówił, że sobotnią noc lepiej spędzić w domu, wypoczywając i ciesząc się sobą nawzajem, no więc żeby on tu wrócił i przypomniał mi: dlaczego?
Zawodowo dzieje się dużo, nowe transakcje, nowi klienci, sukcesy i, niekiedy, rozczarowania. Dzieje się ale... Ale jakoś od tygodnia dzieje się w odpowiednim letnim rytmie. Niby mamy co robić ale telefon to się jednak nie urywa, skrzynka nie przepełnia, nikt nie ma rozstroju nerwowego z przepracowania. Wysyłam e-mail do klienta z pytaniem czy połowa tygodnia to dobry termin na wykonanie zadania - wygenerowane automatycznie zawiadomienie uświadamia że klient jest na urlopie do 22 sierpnia. Kolega z pokoju klnie bo nie może aktywować konta na Allegro czy coś w tym stylu. Nasz indywidualny program Lato w mieście trwa - w ramach najbliższej aktywności pory obiadowej wspólnie z M. przewidujemy wystawę zdjęć z przedwojennych warszawskich plaż na jakiejś barce na Wiśle. Trochę pewnie zejdzie nam dłużej niż przewidziana regulaminowo przerwa ale... No właśnie, lato.